Sąd Najwyższy wstrzymał masowe gromadzenie danych geolokalizacyjnych telefonów

12

Twój telefon Cię śledzi. Nie w sensie paranoicznym, ale w sensie faktycznym.

W tej chwili wie, gdzie jesteś. Gdzie mieszkasz? Gdzie jesz? On wie, jakich znajomych mijasz i do jakich kościołów chodzisz. Każdy krok jest rejestrowany.

W poniedziałek Sąd Najwyższy orzekł, że to wystarczy, aby zwrócić na siebie uwagę. Większością 6 do 3 głosów w sprawie Chatrie przeciwko Stanom Zjednoczonym sędziowie zdecydowali, że zajęcie tego cyfrowego śladu stanowi „przeszukanie” w rozumieniu czwartej poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Nakazy geofence to złożone narzędzia. Większość dochodzeń rozpoczyna się od konkretnej osoby. Policja obserwuje podejrzanego, a następnie śledzi jego ruchy aż do miejsca zbrodni. Geofencing wywraca ten proces do góry nogami. Najpierw policja wybiera czas i miejsce. Na przykład napad na bank we wtorek w południe. Następnie żądają listy wszystkich urządzeń, które znajdowały się w tej rzekomej „strefie”.

Logika sprawy Carpenter przeciwko Stanom Zjednoczonym w końcu dogoniła nakazy dotyczące geofencingu.

W sprawie Carpenter z 2018 r. ustalono, że masz prawo do prywatności swoich danych geolokalizacyjnych, nawet jeśli są one własnością firmy. Trybunał orzekł, że to samo ma zastosowanie w przypadku, gdy policja zarzuciła szeroką sieć na cały obszar geograficzny. To pierwsze poważne ograniczenie tego typu masowych kontroli. Z roku na rok są coraz tańsze. Dokładniej. I straszniejsze.

Pierwsze takie żądanie Google otrzymało w 2016 r. Do 2020 r. ich liczba przekroczyła 11 tys.

Weźmy pod uwagę stan Wirginia. Policja prowadząca dochodzenie w sprawie napadu na kasę kredytową zażądała anonimowych danych z telefonów w promieniu 150 metrów od banku. Za godzinę. Google udostępniło dane dotyczące 19 osób. Zawęź listę, zapytaj ponownie, powtarzaj, aż uzyskasz nazwiska. Okello Chatriye był jedną z trzech zidentyfikowanych osób. Jego telefon pokazał, że tam był. Został aresztowany.

Ponieważ Google zmieniło zasady gry, większość danych historii lokalizacji jest teraz domyślnie przechowywana bezpośrednio na urządzeniu. Ułatwia to życie firmie, a być może i Tobie. Masowa kontrola staje się znacznie trudniejsza, gdy firma nie posiada rejestru danych podstawowych na jakimś zdalnym serwerze.

Ale Google nie jest jedynym łowcą danych. Instagram, Tinder, Candy Crush. Wszyscy wiedzą, dokąd idziesz. Dane te są przekazywane podmiotom trzecim. Skończą się na policji. Przez podpiwki, zakupy lub po prostu ze względu na słabe bezpieczeństwo.

Rozpoznawanie tych danych jest przerażające. GPS, Wi-Fi, Bluetooth, sygnały komórkowe. Telefon trianguluje swoją pozycję z dokładnością do metrów.

„Nie chodzi tylko o to, kiedy zadzwonisz do Ubera. To cały dzień. Czy ci się to podoba, czy nie” – mówi Serge Egelman.

Tradycyjne dochodzenia policyjne wymagały obecności ludzi na miejscu zdarzenia lub ujęcia kamery. To zmienia skalę. Zamiast podążać tropem jednej osoby, policja może przewijać historię tysięcy urządzeń jednocześnie. Powrót dni, tygodni, miesięcy. Koszt przeprowadzenia takiej operacji spadł tak dramatycznie, że policja będzie z niej korzystać wszędzie. To jest główna obawa.

Trybunał powiązał tę eksplozję technologiczną z logiką konstytucyjną. Przebywanie w miejscu publicznym zwykle oznaczało, że każdy może na ciebie patrzeć. Jednak kompilacja cyfrowego zapisu całego życia ujawnia znacznie więcej, niż mógłby zobaczyć jakikolwiek policjant na rogu. To rozróżnienie ma znaczenie.

Może to dotyczyć czegoś więcej niż tylko geofencingu. Centra reagowania na przestępstwa w czasie rzeczywistym? Kamery na każdym rogu? Andrew Gasfrey Ferguson z George Washington University twierdzi, że sprawa Chatriera kładzie podwaliny pod przyszłe spory prawne.

Nakazy mogą działać bardziej jak klucz niż tarcza.

Czy to doprowadzi do końca geofencingu? Nie. Policja nadal może uzyskać podpis sędziego, jeśli udowodni prawdopodobną przyczynę. Sąd nie stwierdził, że nakaz w sprawie Chatriera sam w sobie jest nielegalny, a jedynie wskazał na konieczność przejścia przez procedurę wydania nakazu. Szczegóły zostaną ustalone później przez sądy niższej instancji.

Jest to zatem blokada drogowa. To nie jest znak STOP. Jason Hong z Carnegie Mellon zwraca uwagę, że sędziowie nadal zatwierdzają większość wniosków o wydanie nakazu aresztowania. To niska poprzeczka. Rząd nadal uzyskuje dostęp. Najpierw musi tylko zapytać o pozwolenie.

To jest napięcie. Prywatność kontra władza. Narzędzia stają się z każdym dniem coraz ostrzejsze.

Będziemy się o to spierać przez resztę naszego cyfrowego życia. Strefa staje się coraz węższa. Dane są głębsze. A Twój telefon zawsze Cię obserwuje. 📱