Same chrząszcze stanowią jedną czwartą wszystkich znanych nam gatunków zwierząt. A to już robi wrażenie. Okazało się jednak, że katastrofalnie nie doceniliśmy ich liczebności. Mocno niedoceniane. Nowa analiza opublikowana w poniedziałek w czasopiśmie Proceedings of the National Academy of Sciences sugeruje, że na Ziemi żyje w rzeczywistości 20 milionów różnych gatunków owadów. Trzy razy więcej niż 6 milionów, za którymi taksonomowie tak uparcie opowiadali się przez lata.
Opisaliśmy jedynie 1,5 miliona gatunków. Odpoczynek? Duchy.
„To zmienia zasady gry” – mówi Nigel Stork. Jest entomologiem na Uniwersytecie Griffith w Australii i jedną z osób, które wiele lat temu ustaliły tak niskie szacunki. Nowe dzieło nazywa „niesamowitym”. Nie jest w swojej opinii odosobniony. Matematyka jest tu żelazna. A wnioski są znaczące.
Ale jak policzyć to, czego nie widać? Nie możesz po prostu grzebać w ziemi i liczyć na szczęście. Zajęło to dziesięciolecia poszukiwań parazytoidów w lasach mglistych Kostaryki. Musieliśmy skorzystać z doświadczeń epidemiologów, którzy śledzili ogniska wirusowego zapalenia wątroby typu A w szkołach wyższych na Tajwanie. Wymagana była globalna mapa drzewa. Dziwne składniki. Ale przepis zadziałał.
Celem nie było złapanie wszystkiego. Celem było dokładne oszacowanie, ile nam brakowało.
Najpierw rozprawmy się z osami. Mianowicie z parazytoidami. Te najgorsze. Wykluwają się wewnątrz innych stworzeń. Wychodzą. W stylu “Obcego”. Zespół Guzmana przeanalizował trzy długoterminowe projekty śledzenia gatunków w Kostaryce. Dwóch z nich użyło pułapek malajskich. Wyobraź sobie sieci w kształcie chatek, które łapią latające owady i wrzucają je do płynu konserwującego. Trzecia metoda była wolniejsza. I ciemniejszy. Dan Janssen i Vinnie Holvachs spędzili czterdzieści lat na zbieraniu gąsienic, karmieniu ich i czekaniu. Chcieli zobaczyć, które osy przebiją się przez ciało larw.
Wyniki były jasne. Stosując wszystkie trzy metody, odkryli 1414 gatunków os. Prawie zerowe nakładanie się. Prawie trzydzieści procent stanowiły pojedyncze obserwacje. Widziałem to raz. I zniknęły na zawsze. Brak powtarzających się obserwacji zasugerował głównemu autorowi, Robertowi Colwellowi, coś istotnego. Nie jesteśmy nawet blisko prawdziwego obrazu.
Colwell jest entomologiem i statystykiem w Muzeum Historii Naturalnej Uniwersytetu Kolorado. Uświadomił sobie, że potrzebny jest nowy sposób patrzenia na przepaść między tym, co obserwowalne, a tym, co nieobserwowalne. Zainteresowano się metodami śledzenia chorób. Pamiętacie wirusowe zapalenie wątroby typu B? W 2015 roku współautorka Anne Chao przeanalizowała wyniki badań surowicy, raporty lekarzy i kwestionariusze studenckie. Zrobiła mapę skrzyżowań. I spacje. Oceniła rzeczywistą skalę epidemii. Ta sama matematyka dotyczy os. Prawdziwa liczba gatunków w parku nie wynosiła 1400, ale bliższa 3400.
Ten współczynnik był decydujący. Zastosowali go do „zupy z owadów” z pułapek Malajów. Ta mieszanina zawierała 1,6 miliona pojedynczych owadów. Kod kreskowy DNA zidentyfikował 54 000 gatunków. Jeśli liczba gatunków os została zaniżona przez pewien czynnik, dlaczego inne owady miałyby stanowić wyjątek? Przeanalizowali liczby. Szacunkowa liczba gatunków owadów w tym konkretnym kostarykańskim parku wynosiła 333 000.
Ogromna liczba jak na jeden zakątek dżungli. Ale to dopiero początek. Zespół potrzebował globalnego punktu odniesienia. Stały się nim drzewa. Obowiązuje tu zasada „bogactwa równoleżnikowego”. Różnorodność biologiczna osiąga szczyt w tropikach i maleje w kierunku biegunów. Dzieje się tak w każdym królestwie żywej natury. Dotyczy to również roślin. Rozmieszczenie drzew zostało dobrze zbadane. Rozprzestrzenianie się owadów – nie. Naukowcy wykorzystali mapę siatkową globalnych populacji drzew, aby obliczyć „współczynnik skalowania”. Od liczby drzew w Kostaryce (około 1500 gatunków) po liczbę światową (około 73 300 gatunków) udało im się wypełnić lukę.
Wynik uderza cię prosto w klatkę piersiową. 20 milionów gatunków owadów. Wiele z adaptacjami, których nigdy nie widzieliśmy. Z zachowaniem możemy sobie tylko wyobrazić.
To zmienia sposób, w jaki myślimy o ochronie przyrody. „To staje się oczywiste” – mówi Colwell. Tradycyjna taksonomia nie nadąża za rzeczywistością. Nie ma wystarczającej liczby ludzi z mikroskopami. Przynajmniej za naszego życia. Nie będziemy ich wszystkich wymieniać. Najprawdopodobniej nigdy tego nie nazwiemy.
Ale znajomość skali nieznanego pomaga. „Naprawdę przydatna jest dla nas wiedza, kto dzieli z nami tę Ziemię” – podkreśla Guzman. Jego słowa brzmią potężnie. Różnorodność biologiczna jest zagrożona. Ta nowa wartość bazowa stanowi dla nas wytyczne. Mówi nam dokładnie, ile możemy stracić, nawet ich nie poznając.

















